Blog > Komentarze do wpisu

SS w Warszawie

Idę sobie dziś przez Starówkę, nagle patrzę - z kawiarni wychodzą esesmani. Nie, nie pomyślałem, że to wojna:) Choć słyszałem kiedyś historię - nie wiem, czy autentyczną - o dzielnej staruszce, która na widok motocykla z koszem i dwóch niemieckich żandarmów z charakterystycznym tablicami na piersiach, zakrzyknęla "bić szwabów!" i zaczęła okładać parasolką obu nieszczęśników, w rzeczywistości przecież statystów z jakiegoś filmu.

Przepraszam za ten znak:) Akurat dwa miejsca:) Nie miałem nic na myśli, samo tak wyszło:) Warto wspomnieć, że prócz esesmanów pojawili się także AK-owcy - zgodnie z powstańczą tradycją - również ubrani (przynajmniej częściowo) w niemieckie sorty mundurowe. Jednak "Niemcy" jakoś bardziej rzucali się w oczy - byc może z powodów, o których piszę niżej...

Nie zabrakło także pojazdów z epoki. Czołg - hmmm, wygląda jak Pkzpfw V Panther, czyli znana m.in. z "Czterech pancernych" Pantera. Nie wiem, czy to wyremontowany autentyczny czołg, czy wykonana współcześnie replika. Ale malowanie jakoś nie bardzo mi pasuje do okresu Powstania, w dodatku brak na pancerzu Zimmeritu, czyli specjalnej masy stosowanej jako remedium na miny magnetyczne. Kleiłem modele, więc pamiętam takie szczegóły:) Tak swoją drogą, czołg jest w ogóle trochę za czysty, jakby prosto z fabryki przyjechał:)

Był także Sdkfz 251, czyli półgąsienicowy transporter opancerzony przypominający trumnę na cienkich kółeczkach:)

To wszystko oczywiście sprawka tak zwanych grup rekonstruktorskich, czyli zapaleńców, którym nie wystarczają już modele. Dokładnie - grupy "Zgrupowanie Radosław". Zainscenizowali oni kilka epizodów z ostatnich walk powstańczych na Starówce warszawskiej. Przypomniał mi się mój ś.p. ojciec, który pasjonował się wojną, bronią i Powstaniem, w którym zresztą jako dzieciak niejako uczestniczył, nawet był ranny - skaleczył się na barykadzie:) Miałby dziś używanie:) Bo ja... Hmm, moje zdanie jest nieco inne. Choć podziwiam (i rozumiem!) zapał rekonstruktorów, jednak wydaje mi się, że na dłuższą metę to działalność trochę kontrowersyjna. Po co to wszystko przypominać? Mówi się o propagowaniu znajomości historii, uświadamianiu młodzieży i takich tam. Ale wywoływanie wojennych duchów jest samo w sobie groźne. Fascynacja złem nie prowadzi do dobrego. Nie jestem zdeklarowanym pacyfistą, lecz wiem jedno - jeśli kiedykolwiek (co nie daj Boże) wybuchnie prawdziwa wojna, rekonstruktorzy będą chcieli od niej uciekać tak samo, jak ci, których "edukują".

Pomijam już fakt, że dziwnym trafem najlepiej wychodzi rekonstruowanie hitlerowców, bo trzeba przyznać - niemieckie mundury nie tylko są na swój sposób seksowne, ale i jakoś ciągną do siebie. Można powiedzieć, że w armii hitlerowskiej wojenne bożki znalazły swój ideał. Nie bez kozery przywołam przykład ojca - mimo iż jak każdy warszawiak, który przeżył okupację, szczerze nie cierpiał Niemców, a słysząc język niemiecki do końca życia wzdrygał się z obrzydzeniem - niemiecką armię uwielbiał. Godzinami potrafił opowiadać, jak podziwiał pancerną dywizję Waffen-SS przechodzącą w drodze na front przez Warszawę krótko przed powstaniem. Jak chodził gapić się na ich zgrupowanie w Alejach Jerozolimskich na wysokości dworca Głównego. Fascynowały go ich mundury, elegancja, szyk i postawa. Nie było tego w żadnej innej armii, którą widział - przynajmniej tak twierdził.

I te bożki nadal w tych mundurach gdzieś siedzą - nie mówię tu o ludziach, którzy przebierają się za Niemców, ale o duchach, które gdzieś plączą się za charakterystycznymi uniformami Waffen-SS czy Wehrmachtu. Nie są to duchy, z którymi chciałoby się przebywać, o nie. Wielu powie - o jakich duchach on mówi, to przecież zabawa. Taak... Zabawa... A ja jednak wierzę, że zakładanie określonego munduru, choćby dla zabawy, chociaż na chwilę - może zmienić człowieka w kogoś zupełnie innego. Dlatego generalnie trzymam się od tego z daleka i wolałbym, żebyśmy wszyscy się trzymali.

No i jeszcze jedno - dzieci. My tu w Polsce niestety często szafowaliśmy ich życiem, wykorzystując młodzieńczą naiwność i zapał. Wiem po przykładzie mojego ojca, o którym może kiedyś napiszę więcej, jak wojna niszczy ludzi, zwłaszcza tych najmłodszych. Nawet, jeśli przeżyją. A tymczasem dzieci na tej sztucznej wojnie było oczywiście pełno. Czy im to potrzebne? No nie wiem... Mam naprawdę masę wątpliwości...

niedziela, 23 września 2012, leguralny

Polecane wpisy